Do Lwowa
Po drugiej stronie wita tradycyjna rzeczywistość przygranicza. Zasadniczo zgoła podobna do tej z naprzeciwka. Tutaj odprowadza nas szpaler kantorów, tam bardziej uwagę zwraca sklep Biedronka. Idąc główną drogą, po kilku minutach, dotrzemy do
przystanku marszrutek - autobusików, do Lwowa. Prawdziwa Ukraina zaczyna się właśnie w marszrutce. Jedziemy wciśnięci między nasze plecaki, bagaże bab wracających z zakupów i same baby. Wpierw omiatamy wzrokiem trzeszczący w szwach i spoinach busik. Później uwagę przyciągają złote zęby, ujawniane w szczerych uśmiechach i wyskakujące z przypadkowych grymasów. Dla naszych nieprzyzwyczajonych oczu ich błyszczenie jeszcze długo będzie głównym punktem zaczepienia. Marszrutkę tymczasem, oprócz kłębu pakunków i ciał, dodatkowo rozsadza rytm ruskiego disco, dobiegający z ośrodka lokalnej władzy - kokpitu kierowcy. Na przednią szybę nasuwają się niezliczone portrety świętych i czerwone emblematy, te ostatnie
wywieszone przeciwko urokom. Jest tam również święta płyta CD, z nadrukowanymi po obu stronach postaciami Maryi i Jezusa. Zwisa z przyssawki przyozdobionej czerwonym zwitkiem. Ten wielofunkcyjny (prawdopodobnie działa też antyradarowo) drobiazg, jak się później okazało, jest na wyposażeniu praktycznie każdej marszrutki w tej części Ukrainy, będąc niemalże znakiem firmowym.
Rozmawiamy po polsku, ze wszystkim da się lepiej lub gorzej porozumieć. Po angielsku, rzecz jasna, nawet nie ma sensu zaczynać, chyba że w hostelu. My jednak zaczynamy od dworca we Lwowie - miejsca gdzie wypluwa nas bus z Szechyni (odpowiednik Medyki po stronie ukraińskiej). Gdzie iść specjalnie nie wiemy. Marek tylko rozpala nas opowieściami o
świetnym hostelu - Kosmonaut, w którym kiedyś tam spał. Wleczemy się do centrum, zawierzając mu co do wyboru trasy. Teraz znam ją już niemal na pamięć - Czeniwiecką w dół, do Gródeckiej i do Opery.
Wałęsamy się po centrum, próbując natrafić na trop Kosmonauty. Pytając o drogę trafiamy po kolei do sklepu, do policjanta i ministerstwa spraw wewnętrznych. Nic poza złotymi uśmiechami nie udaje nam się jednak uzyskać. Oczywiście, jakimś cudem, dostajemy się do celu. Celu nie zdobi praktycznie żaden szyld ni reklama. Jest tylko malutka, pozdzierana tabliczka umieszczona nad bramą, znajdującą się w stanie jeszcze gorszym niż ona sama. Kosmonaut zajmuje chyba całe piętro zrujnowanej kamienicy. Z resztą kamienice we Lwowie są praktycznie bez wyjątku zrujnowanie, więc to akurat dziwić nie powinno. Niektóre są podreperowywane, a ich majestatyczny rozkład odraczany jeszcze o chwilę. Inne, pozostawione w niedoli, stoją rzędami powybijanych zębów, przy ulicach i chodnikach z powygryzanymi dziurami i uskokami. Ich zapaść jest jednak piękna, a one przepełnione niegasnącym urokiem i majestatem. Prawdziwe skarby i klimat chowają się jednak w bramach, w korytarzach i przesmykach między kamienicami, łączących budynki, podwórka i sienie. Wszędzie odnaleźć można polskie napisy, na posadzkach, licznikach elektrycznych czy murach. Pilnują one dawnej pamięci, tak jak całkiem jeszcze liczne polskie rodziny, mieszkające w tych kamienicach. Ich temat jest ciężki i nierozwiązywalny, a na pewno nie zajmuje nam wtedy głów.
My chłoniemy klimat Kosmonota i nasz mikroskopijny pokój, ostatni z wolnych, raczej służbowy niźli hostelowy. Wchodzi się do niego przez balkon, po drodze mijając w dole zawalone śmieciami podwórko, ogromny metalowy szkielet konia trojańskiego i suszące się gaci, a jego łazienka jest jeszcze bardziej miniaturowa i kuriozalna. Zasadniczo zintegrowana jest z kuchnią, można w niej brać prysznic siedząc na kiblu, a wystawiając rękę zza zasłonki dodatkowo gotować herbatę.
We Lwowie jesteśmy jedną noc, dwa dni zwiedzania. Dla zarażenia się nim wystarczy i mniej, ale aby zaspokoić niedosyt trzeba zostać na zdecydowanie dłużej. Gubimy się w plątaninie ulic wokół rynku, popijając kwas i piwo (tego ostatniego, od niedawna, na ulicy popijać nie wolno). Niczym senne mary, nachodzą nas ciekawe zjawiska i osoby. Pijak o polskich korzeniach, który za drobną opłatną staje się naszym przewodnikiem po plątaninie przejść wokół ulicy ormiańskiej i opowiada fragmenty historii powszechnej, które akurat przybędą z jego dawnej jaźni intelektualisty.
Nasz przewodnik po centrum. Spotkaliśmy go kupując piwo.
Nieopodal, na gustownym dywaniku zalega tradycyjna,
lwowska, spasiona świnia. Uiszczając opłatę w wysokości dwóch złotych u właścicielki owego zwierzęcia, można zrobić sobie z nią pamiątkowe zdjęcie. Świnia zalegała kilka lat, a właściwie kilka świń zalegało. Ostatnio już jej nie widywano, ale kto wie, może wróci i będziecie mogli również mieć tę osobliwą pamiątkę.
Lwowska świnia to nielada atrakcja. Ostatnio jednak juz jej nie widać.
Na skwerku spożywamy piwo z grupą lokalnych koneserów-emerytów. Są bardzo weseli i radzi z naszych odwiedzin. Jeden jednak wydaje się być niespokojnym. Przedstawia nam się jako
Samuraj - władca rynku. Tam podlegają mu przestępcy i policjanci, nic nie dzieje się bez jego wiedzy i przyzwolenia. Pilnuje porządku, interweniuje i (jak w naszym przypadku) pała się prewencją dla spokoju społecznego. Jego rewir to tylko i wyłącznie rynek, dalej już nie ma zasad, w każdym razie nie obowiązuje prawo samuraja. Ostrzega nas abyśmy zachowywali się uczciwie i godnie, przytaczając też przykład amerykanów, którzy tego nie potrafili i było źle.
Lwowski Samuraj.
Oczywiście przystajemy na jego warunki, z resztą i tak nie mieliśmy w planach rozbojów. A w razie jakichkolwiek problemów mamy szukać wsparcia u Samuraja. Jeśli nie wizytuje akurat rynku (poznać go można po sumiastych, raczej kozackich niźli japońskich wąsach), to pytać o niego należy na ulicy Starożydowskiej, gdzie ponoć rezyduje.
Włóczymy się ciągle krętymi ulicami, coraz bardziej zapadając na Lwów. Tymczasem Marek ma dla nas jeszcze jedną niespodziankę.
Na obiad idziemy do enigmatycznej Kryjówki, którą znaleźć równie ciężko jak Kosmonota. Znajduje się w jednej z bram na Rynku (pytajcie przy ulicy z torami tramwajowymi). Trzeba zapukać w drewniane drzwi, a hasło to "Chwała Ukrainie". Miejsce to wpisuje się (choć nie dosłownie i bardzo delikatnie) w kult Stiepana Bandery, o czym lojalnie ostrzegam wszystkich wrażliwych na tę kwestię, uważam jednak że warto. Zamiast do Kryjówki można wybrać Masońską (jest w tej samej bramie - po schodach), albo inne restauracje sieci założonej przez kilku znajomych. W centrum Lwowa poukrywane są jeszcze: Gazowa Lampa, Masochistyczna, Złota róża, Tramwaj. Wszystkie mają swój niepowtarzalny klimat i są wspaniałym romansem współczesności z tradycją miasta, a do obiadu podają własne piwo Zenek.
W Kryjówce.
Trochę bawimy w Kryjówce, zachwyceni przystępnością cen (choć jak na Ukrainę stosunkowo wysokich). W ogóle wszystko jest prawie za darmo, tak nam się owo wszystko przynajmniej wtedy jawi. Piwo to dwie hrywny (a hrywna to jakieś 40 groszy), wódka po 10, za duży obiad 40. Żyć nie umierać, dla nas. Z Ukraińskiej strony nie wygląda to już tak dobrze. Mediana pensji to .., ta jeszcze nie jest zła. Najgorzej mają emeryci z 400 hrywnami na miesiąc. Bez innego wsparcia najpierw próbują dorobić na ulicy sprzedając owoce, kwiaty czy ważąc (przechodniów, nasze bagaże, co bądź).
Później wyprzedają swój dobytek. Talerze, pojedyncze sztućce, odkręcone, zabytkowe klamki drzwi. Ze wszystkim rozstają się z przymusem, wyprzedając pamięć i wspomnienia. Koniec z końców wiele musi żebrać, tłamsząc głęboko honor. Wszyscy są jednak życzliwi, nawet uśmiechnięci. To Ci, którym żyje się znacznie lepiej, przywykli narzekać i ględzić. Obok tych biednych, na ich ulicach, przepychają się w korkach samochody. Te we Lwowie to albo stare radzieckie, albo najnowsze, luksusowe niemieckie. Najczęściej semi-terenowe, bo innymi ciężko wszędzie przejechać. Albo bogactwo, albo bieda. Wschód jest chyba taki wszędzie, ale tutaj szczególnie doskwiera.
Ważymy bagaże.
Nie szukamy jednak dysonansów i dychotomii.
Ta biegunowość jest nam dosyć obca, będąc szczerym to chyba nawet specjalnie jej nie dostrzegaliśmy. Cieszymy się odwiedzeniem skansenu, niekoniecznie zwracając uwagę na aktorów. Zresztą tak chyba najzdrowiej.
Wracamy do Hostelu - rano czekają góry. Miła dziewczyna w kosmonotowej recepcji, trochę zdziwiona, w pół rozbawiona, informuje, że
Ukraińskie Karpaty to nie byle co i powinniśmy się raczej zastanowić nad sensem wycieczki tam. Tym bardziej nie możemy się doczekać.
Podróż najlepiej zacząć na głównym dworcu kolejowym we Lwowie.
Pociąg jedzie do Rachiwa (Rachowa) i jest niezmiernie tani. W ogóle ukraińskie koleje są świetne. Przoduje plackart, ni to osobowy, ni kuszetka. Z otwartymi przedziałami i łóżkami zarówno do siedzenia, jak i spania. Na długie trasy przez kraj jest to najlepsze rozwiązanie. Każdy wagon ma swojego konduktora i bojler z wrzątkiem na herbatę. Drugim typem jest elektryczka i właśnie ona najczęściej kursuje w góry. Warto wspomnieć, że pociągi na Ukrainie praktycznie nigdy się nie spóźniają, a okna najczęściej się nie otwierają, w ten sposób szczelnie konserwując panujący wewnątrz skwar.
Nam akurat trafił się plackart. W wagonie spotykamy jeszcze dwóch Polaków wybierających się w góry. Jest to Dominik z synem Patrykiem. Dominik znając już wcześniej Wschodnie Karpaty, lekko konkretyzuje nasz cel. Postanawiamy wspólnie
zdobyć Świdowiec i przejść jego rozległymi połoninami ze wschodu na zachód. Wysiadamy na jednej ze stacji w Jasinji. Jako, że jest ciemna noc idziemy trochę drogą wzdłuż wsi, by wreszcie zboczyć gdzieś i rozbić namiot w bardziej ustronnym miejscu.
Dalej jest już tylko wędrówka, którą ciężko spiąć, szczególnie po dość długim czasie, w jakąś spójność.
Wraca przesycenie dziką przyrodą, gęstym lasem wypełnionym zwalonymi, wiekowymi pniami. Idziemy gdzieś z dala od szlaków, których i tak praktycznie nie ma. Jedyny to ten prowadzący przez szczyty Świdowca, pięknymi połoninami. Podchodzimy pod nie na dziko. Czasami natrafiając na wątłe ścieżki zbieraczy jagód, wijące się to w górę, to w dół.
Mieszany las ustępuje młodej buczynie wrzynającej się w stromy stok. Nachylenie jest tak duże, że idziemy niemalże na czworaka, chwytając się korzeni, gdy spod nóg osuwają się kamienie. Tępo jest zabójczo wole, wydłużamy czas odpoczywając co chwila, zaprawszy się wcześniej o drzewa. Po chwili wytchnienia znów gubimy ścieżkę, którą może i sobie zmyśliliśmy.
Adam podchodzący bukowym lasem.
Las wypluwa nas u szczytu jaru, zwieńczonego stromizną z nieprzebytymi krzakami. Niestety to jedyna droga.
Torujemy sobie pojedynczo przejście, kurczowo ściskając gałęzie, by nie stoczyć się gdzieś w dół. Na szczęście podejście jest stosunkowo krótkie, choć w takich warunkach jest to bardzo względne. Wyłazimy z tych krzaków, wreszcie na jakąś otwartą przestrzeń, prawie ocierając się o szczyt. Dopiero teraz jakoś udaje nam się zorientować na mapie. Doceniamy też GPS, bez którego błądzenie było by jeszcze bardziej sromotne, choć równie urokliwe. Okazuje się, że jesteśmy pod Bliźnicą, na dość zacisznym płaskowyżu. Tu też jest nasz pierwszy nocleg w górach.
Pierwszy obóz w górach, fotografowanie o wschodzie słońca.
W czasie podejścia spotkaliśmy tylko trzech jagodziarzy. Żadnych turystów, choć akurat to, w zupełnie dzikim lesie, nie jest specjalnym zaskoczeniem. Rano fotografujemy wspaniały wschód słońca, rozlewający się na doliny u stóp Świdowca i przeganiający leniwe mgły, które prześlizgują się nad graniami.
Wschód słońca.
Wędrówka połoninami to już sama przyjemność, wiatr smagający rozległe łąki i orzeźwiający smak górskiej wody. Tu też nie spotykamy prawie nikogo. Jedynie od czasu do czasu, na horyzoncie widać jakąś grupkę turystów. W większości to Polacy czy Czesi. Jeśli Ukraińcy to przeważnie miejscowi. Spotykamy też ciężarówkę, która przyjechała zabrać po pracy jagodziarzy. Niestety ta umarła, muszą wracać pieszo. Wody też nie mają i proszą nas o trochę.
W karpatach ukraińskich próżno szukać wielu szlaków. Praktycznie jedyne prowadzą szczytem głównych pasm.
W paśmie Świdowca źródeł wody jest pod dostatkiem. Zawsze jednak bezpiecznie mieć ze sobą pełną butelkę.
Woda jest oczywiście zdatna do picia, co więcej bardzo dobra.
Zbieracze jagód.
Miejscowi trudnią się głównie zbieraniem jagód, mężczyźni rąbią drewno. Ci tutaj to
Huculi, górale. Odrębna grupa etniczna, o korzeniach której jest więcej domysłów niż faktów. Być może pochodzą od włoskich kupców, może są rdzennymi Rusinami. Tak czy inaczej to dumni i twardzi ludzie gór. Kilkadziesiąt, może sto lat temu byli też niebezpieczni, chętni do bitki i rabunku na obcych. Teraz są wyjątkowo otwarci i przyjaźni, nieznający komercji w wydaniu polskiego zakopanego. Tradycyjnie zajmowali się pasterstwem i myślistwem. Wypas krów i owiec nadal jest rozpowszechniony. Hodują wspaniałe huculskie konie, które można spotkać na połoninach Świdowca czy na Przełęczy Legionów w Gorganach. Takiej pracy jednak nie wystarcza. Całe wsie zbierają jagody lub pracują dla tartaków, wszyscy rąbią drewno, wrzynają się piłami coraz głębiej w Gorgan. O tym właśnie mieliśmy się zaraz przekonać. Po trzydniowej wędrówce połoninami odłączamy się od naszych kompanów Dominika z Patrykiem i łapiemy na stopa ciężarówkę z budowlańcami.
Huculskie konie.
Wracają z konstrukcji ośrodka narciarskiego - czyli jednak i tutaj turyści zaczynają zaglądać. Mozolimy się w dół stoku, wąską, krętą drogą, usianą dziurami i rozpadlinami. Zabudowana
ciężarówka trzeszczy i podskakuje, ale w końcu sprowadza nas w dół do wioski. Uzupełniamy zapasy w sklepie, a kierowca może strzelić sektę przed powrotem do domu. Jest bardzo wesołym facetem i cieszy się z naszych odwiedzin. Polaki i Hucuły są jak bracia. Wracamy do ciężarówki i zajeżdżamy pod tartak. Jego kierownikiem jest pasażer naszego wozu i pozwala nam tu rozbić namiot. Następnego dnia o 6 rano odjeżdża ciężarówka w Gorgany i będziemy mogli się nią zabrać znów w góry.
Nasz transport do wioski.
Nocleg w tartaku w Łopuchowie
Znaleźliśmy się w miejscu magicznym, choć niezupełnie świadomi jego wyjątkowości. Przemawiało do nas subtelnie, zostawiając wskazówki, zarysowując jedynie drogę do rozwiązania. Zasypiamy w namiocie wciśniętym między pocięte deski, przy miarowym stuku maszyn do rżnięcia. Rano zastajemy tartak osnuty lekką mgłą, przeciskającą się przez jego betonowe ogrodzenie. Idziemy do wyjścia, gdzie w starym, opuszczonym budynku siedzi samotna baba. W całej walącej się przestrzeni zajmuje tylko jeden kąt, jednego pokoju. Jest równie stara jak ruina, której skrawek zajmuje. Siedzi opatulona w fotelu, czekając na nas. Jest za wcześnie, jeszcze godzina. A ciężarówka odjeżdża nie z tartaku, a z głównej drogi. Ciężko było zrozumieć jej mowę, ale właśnie chyba to chciała nam przekazać. Dziwne, bo właśnie dochodzi szósta rano, powinniśmy zaraz odjeżdżać. Wychodzimy z tartaku, który dość płynnie przechodzi w wieś, jej opuszczone zabudowania spowite są taką samą świetlistą mgłą jak wypielęgnowane chałupy. Pytamy kogoś o czas - jest piąta, czyli o godzinę wcześniej niż na naszych zegarkach. Później okazuje się, że
półoficjalnie używają tu polskiego czasu i stąd zarówno nieporozumienie jak i nasza szansa znalezienia miejsca odjazdu transportu.
Wieś, do której takim przypadkiem trafiliśmy to Łopuchiw (Łopuchowo). Przysiółek wypadowy w Gorgany i na Świdowiec. Oniryczność tego miejsca docenił Jurij Andruhowycz w eseju do książki "Znikająca Europa". Trafiłem na nią już po naszej wyprawie, tym ciekawiej było wrócić do Łopuchowa, odkrywając je innymi oczyma. Andruhowycz opisuje przewrotną historię nazwy samej wsi. Niegdyś były to Brustury, sowieci w ramach nowej władzy zarządzili Łopuchowo. Obie nazwy pochodzą od roślin, nowa jednak zawiera w sobie jeszcze radziecki żarcik.
Łopuch mianowicie oznacza również durnia i prostaka.
Dom kierowcy ciężarówki.
Miejscowi pracują głownie jako drwale. Cała osada to miejsce drwali, którymi podobno rządzi boss, szef Łopuchowa. Wyrzyna najbardziej dostępne lasy, niekonieczne dojrzałe do wyrębu. Jednocześnie daje ludziom prace, jedyną jaką mogą tu znaleźć. Turystyka praktycznie nie istnieje. Zresztą nie ma odpowiedniej drogi, żeby ów turysta zajechał. A rąk do pracy nie brakuje. Jest tu podobno największa dzietność na Zakarpaciu, nawet kilkanaście dzieci w rodzinie.
Nieświadomi wszystkich problemów krążących nad Łopuchowem przemierzamy rozległą, senną wieś. Wszystkie gospodarstwa są bardzo zadbane, z uporządkowanymi obejściami, wspinającym się po tyczkach grochem i opałem tworzącym zgrabne piramidki.
Wygląda to zgoła inaczej niźli swojski burdel polskiej wsi.
Docieramy w końcu do większej drogi, gdzie na rozstaju stoi kilkoro osób. Oni też czekają na ten sam transport, który zaraz zjawia się pod postacią wielkiej, otwartej ciężarówki. Wsiadamy na pakę, przygotowując prycze z desek. Po drodze zbieramy ludzi z całej wsi, niektórzy jadą tylko trochę, przewodząc jakieś ładunki. Większość jednak to drwale, z ekwipunkiem w postaci pił mechanicznych. Zatrzymujemy się jeszcze przy sklepie. My kupujemy trochę prowiantu, inni trochę wódki i piwo, skrywając wszystko za pazuchą, żeby szef nie obaczył. Później stajemy jeszcze w kilku przysiółkach, leżących gdzieś między wsią, a dzikimi górami. Są to jednak bardziej forpoczty cywilizacji w centrum głuszy. Przypominają trochę chaty na pustkowiach alaski, przygotowane by przetrwać długi czas odcięcia od świata. Dla ich mieszkańców mamy jakieś pakunki, pewnie jedzenie ze sklepu. Niektórzy też dosiadają się do nas. Droga już dawno straciła prawo do swego miana. Teraz jest to wyrżnięty z lasu pas w zboczu, po którym podskakujemy razem z kilkutonowym cielskiem ciężarówki. Drwale patrzą na nas cokolwiek podejrzliwie, z nieukrywaną nutą pobłażliwości ludzi gór dla nizinnych chłopaczków.
Na ciężarówce przed sklepem.
Droga wyrżnięta do miejsca wyrębu.
Wreszcie dojechaliśmy do kresu. "Droga" przechodzi w błotnistą, rozjedzoną plamę u stóp wyrębu. Dalej idziemy już normalnie - z buta po górę, kierując się mniej więcej w stronę Sywuli. Jakoś, choć nie bez koniecznego w tych stronach błądzenia, znaleźliśmy je obie. Najpierw przejście
przez przełęcz legionów i przepychanie się między turystami i huculskimi końmi. Później wydeptanym szlakiem na szczyt tej mniejszej z dwójki bliźniaków. Na dużą już nie mieliśmy chęci, zdecydowanie odepchnięci liczbą zwiedzających.
Hucuły na przełęczy Legionów (Rogodze Wielkie).
Akurat w tych okolicach nie spotkaliśmy wiele pasterskich chat (więcej jest ich na przykład w Czarnohorze).
Miejscowy ser, zarówno krowi jak i owczy jest świetny.
Już i tak mamy trochę dosyć całej eskapady, schodzimy w dół, złapać jakiś transport do cywilizacji. Droga jednak się wydłuża w nieskończoność, prowadząc w ciemną noc. Chcieliśmy trafić na stare tory kolejki, które jak wynikało z naszej cokolwiek kiepskiej mapy, powinny być gdzieś w okolicy. Tych jednak nie znaleźliśmy (może już po prostu nie istnieją), schodzimy więc korytem strumienia. Będąc już niemało zmęczeni, rozbijamy namiot na małej polance, przytulonej do brzegu sporawej rzeczułki. Ciepło śpiworów i kojący szum wody zaczynają mącić dzwonki u szyj niespokojnie przewalających się owiec. Beczenie i uderzenia kopyt nasilają się coraz bardziej, gdy mrok rozcinają
wycia wilczej watahy, która widocznie również wybrała ten rewir. Tak nas pożegnały Karpaty, zarażając urokiem na zawsze.
Ostatni nocleg i ognisko w górach.
Następnego dnia wracamy do względnej normalności, a wśród ludzi znacznie bardziej doskwiera nam bród oblepiający nasz dobytek i jego właścicieli. Docieramy chyba do Bistricy, gdzie posilamy się zimnym piwem pod sklepem urządzonym w przyczepie kampingowej. Zaraz będzie marszrutka do większej wsi. Z większej wsi przejedziemy autobusem do Franka.
Z Franka już łatwo, elektryczką do Lwowa.
Prawdopodobnie Bistrica.
Suszone ryby w Iwano-Frankiwsku. Popularne i tanie jak wódka.
Tam docieramy już w nocy. Niestety w Kosmonaucie musieli nam odmówić - nawet klitka z wejściem przez balkon już jest zajęta. Piękna dziewczyna na recepcji kieruje nas jednak do innego hostelu. Dostajemy enigmatyczny kod wejściowy i prowizoryczną mapkę. Hostel Lemberg (Lwów po niemiecku) mieści się przy ulicy zaczynającej się na literę x.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że "x" to jest "ch", a ulica nazywa się Chorwacka. Tak czy inaczej idziemy. Rzecz jasna szmat drogi, najpierw Grodzkiej, później jakiejś mniejszej i ciemniejszej, pod koniec zupełnie opustoszałej i złowrogiej ulicy na X. Szczęściem mieliśmy numer domu, bo jak to bywa w ukraińskich hostelach szyld nie został przewidziany. Teraz przydaje się tajemniczy kod. Otóż drzwi do kamienicy domofonu nie mają, a strzeże je zamek szyfrowy. Taki mechaniczny, jawiący nam się wtedy jako co najmniej średniowieczny. Wciskamy przedwieczne przyciski w odpowiedniej kolejności i drzwi ustępują. Zamek oczywiście nie był nawet przedwojenny, a identyczny z tysiącami innych zamontowanych całkiem niedawno praktycznie w całym Lwowie. Wleczemy się na ostatnie piętro, pod dany nam numer mieszkania. Znaków rozpoznawczych hostelu i tu brakuje. Dzwonimy do drzwi, zza których zda się słyszeć jakieś szurania. Słychać klucze, zgrzyt zamka, zaraz kolejny i następny. Klucze okazały się jednak nie takie. Znów szuranie, trochę nic i ponownie zgrzyty zamka, tym razem uwalniającego swoje zapadki. Marek zdążył tylko ironicznie parsknąć "
ciekawe co za typ nam otworzy", kiedy drzwi uchylił Michael. Przed nami stanęła dwumetrowa persona, w pasie przepasana ręcznikiem spływającym do podomowych klapek. Ponad nim błyszczała lśniąca koszula, skryta u góry pod olbrzymią brodą okalającą smagłą twarz mężczyzny. Zwieńczeniem naszego zaskoczenia był plastikowy stelaż umiejscowiony na opasanej chustą głowie i nasunięty nań, przekrzywiony lekko do przodu, bardzo wysoki kapelusz.
Michael w Hostelu Lemberg.
Było nam bardzo trudno, na wpół wycieńczonym mozołem Karpat, pół rozbawionym poszukiwaniem ukrytego w ulicy X, Lemberga, odnaleźć się w tej zgoła surrealistycznej sytuacji. Na domiar złego, pierwszym mym pomysłem po zobaczeniu Michała, było to, że właściciel Hostelu kazał pracownikom zakładać chasydzkie stroje dla utrzymania specyficznego klimatu miejsca. A ten biedak, chcąc jednocześnie i wypełnić szybko swoje obowiązki odźwiernego i powitać nas w należytym stroju, zdążył, w końcu w samym środku nocy, przebrać się tylko powyżej pasa. Zdławiwszy w końcu ataki śmiechu, przepraszając lekko skonsternowanego Michaela, przestąpiliśmy próg Lemberga. Łóżko już dawno nie było tak zapraszające, a pościel idealnie okalająca miękkością.
Następnego dnia poznaliśmy historię wczorajszej osobliwości.
Michał jest hiszpańskim Żydem i już jakiś miesiąc siedzi we Lwowie. Jest z wykształcenia filozofem, od siedmiu lat jedynie globtroterem, a z zamiłowania koneserem wódki, którą ciągle powoli siorbie z kieliszka. W przerwach siorbania wyjawia, że z początku uczył angielskiego w Japonii, teraz żyje z tamtych oszczędności i podróżuje. Po całym świecie, a Afrykę zjechał rowerem. Polska była niegdyś atrakcyjna, teraz zbyt komercyjna i droga. Dlatego jest na Ukrainie, choć zaraz musi gdzieś wjechać, bo wiza turystyczna nie pozwala na tak długi pobyt. Wybór padł na Gruzję i właśnie rezerwuje bilety lotnicze do Tibilisi. Na pytanie o najpiękniejszy kraj na świecie, bez wahania wymienia Pakistan. Bo tam turysta jest gościem, a jemu (bez kapelusza rzecz jasna) dość łatwo wmieszać się w grono długobrodych Talibów. Spotykał ich nie raz, jeden twierdził nawet, że niedługo jedzie wysadzić się we Francji, powodów do obaw jednak nie ma, bo w Pakistanie Michał był ich gościem. Ten oczywiście nie zdradzał swojego pochodzenia, legitymując się jedynie paszportem hiszpańskim. Teraz, miast Tibilisi, jako najbliższy cel również rozważał Islamabad, ale akurat zrobiło się tam bardziej niebezpiecznie niż zwykle. Michała prawdopodobnie można i teraz spotkać we Lwowie. Mnie się w każdym razie udało w wakacje 2010 roku. Podobno przebywa tam na stałe i pisze pracę na temat Żydów na Ukrainie. Jak widać nie tylko my zapadliśmy bezkreśnie na Lwów.
Targ staroci we Lwowie.
W soboty Lwów staje się miastem ślubów. Młodych par jest pełno na rynku i pod Operą.
Na cmentarzu Łyczakowskim.
Kilka zdjęć ze Lwowa. Więcej fotografii i informacji znajduje się w opisie kolejnej podróży.