BIEBRZA_łosie i bataliony |
wiosenne bataliony
Po wielu latach od mojej pierwszej wizyty, wreszcie zdecydowałem się na kolejne odwiedziny u królowej ptasich ostoii - Dolinie Biebrzy. Ostatni raz byłem tu w 2001 roku, dokładnie w tym samym termnie co teraz - w długi majowy weekend. Pora ta ma dwie zasadnicze zalety: pierwsza i oczywista - jest wolne, po drugie to szczyt przelotów i batalionowe stada przykrywaja swoimi skrzydłami podmokłe łąki i rozlewiska (przynajmniej w teorii). Tym razem jednak teren jest nieco oddmienny. Zamiast powtórzyć eksploracje Basenu Północnego, kieruje się na południe, bardziej nad Narew niż Biebrzę. Niestety przesłanki co do wyboru zarówno miejsca jak i czasu wizyty powodują nie tylko moimi decyzjami. Skutkuje to tym, iż foto-przyrodników oraz obserwatorów jest tu więcej niż ptaków, szczególnie że tych ostatnich bywa jakby coraz mniej.
Miejscem, które planuje odwiedzać najczęściej jest słynna batalionowa droga, gdzie w sezonie ilość długich obiektywów i szybkostrzelnych korpusów jest niezliczona. Fotografowie zdobią owe miejsce siatkami maskującymi, namiotami i namiocikami, siedzą w samochodach, a najlepiej pod nimi, niektórzy nawet biegają w snajperskich strojach maskujących. Przygotowany na te wszystkie atrakcje składam piewszą, poranną wizytę.
Stwierdzenie, że pogoda jest średnia było by zdecydowanym niedomówieniem. Z ołowianego, okrytego chmurnym korzuchem nieba, popaduje drobny, acz uciążliwy deszczyk. Lawirujemy samochodem pomiędzy kałużami, pamiętając jednocześnie, że podobno bywają tu także bobrowe korytarze, mogące się zapaść pod ciężarem pojazdu. Jedyny plus sytuacji jest taki, że pogoda wystraszyła wszystkich fotografów i jesteśmy sami. Ptaki niestety chyba też nie lubia deszczu, bo raczej pusto. Wyruszam jednak na rekonesans, szczelnie okrywając się gumowym płaszczem przeciwdeszczowym. Mimo ogólnych braków w motywach udaje mi się zrobić nawet przyzwoite zdjęcia rycyków i łęczaka. W końcu od czegoś trzeba zacząć.

Następnego dnia, przed świtem, znów udajemy się na magiczną drogę. Pogoda już znacznie lepsza, a przejżyste niebo zaczyna powoli jaśnieć wstającym dniem. Z daleka widzimy już, że nie tylko my liczymy dziś na dobre światło. W najlepszym miejscu, w sercu mokradeł, wyrosło fotograficzne miasteczko. Rozstawiony już jest namiocik oraz jakieś siatki masujące. Dojazd blokuje, zaparkowany w poprzek drogi, Ford Mondeo. Stajemy nieopodal, nie chcę jednak dostawiać kolejnego ukrycia, to chyba już bez sensu. Spróbuje zaatakować z wody i fotografować z pływającej czatowni. Właśnie zakładam skafander do nurkowania, kiedy obok przejeżdża czerwona, terenowa Toyota, ze znajomymi fotografami z Warszawy. Pozdrawiamy ich, patrząc jak samochód bardzo szybko przemyka po kałużach i błocie, nie zwalniając nawet przy Fordzie, omijając go po rozmoczonym poboczu i wodzie. Lawiruje między fotografami, by zatrzymać się na poprzecznej grobli, troche z dala od całego wariactwa.

Tratwa jest już przygotowana i uzbrojona., kiedy pojawiają się pierwsze ptaki. Na grobli, wśród fotografów nie ma żadnych batalionów, co najwyżej kilka rybitw. Natomiast kilka stad bojowników co chwila podrywa się do lotu nad zalanymi ląkami po prawo, postanawiam więc popłynąć w tamtym kierunku. Niestety ptaki traktują moje ukrycie z lekką rezerwą i potrzebują troche czasu na zaakceptowanie tratwy. Poruszam się zatem bardzo powoli, przystając co chwilę.

Obserwując przez obiektyw okolice, dostrzegam w pewnym momencie grupę wędkarzy, beztrosko przechadzających się po fotograficznym miasteczku. Coż, oni też zaczynają sezon. Oczywiście wszystkie ptaki pouciekały, tym bardziej cieszę się z mojej tratwy. Nie długo jednak, gdyż stada z mojej strony także podrywają się w powietrze, a obok słyszę kolejnych wędkarzy. "To trzeba mieć k....wa pasje, w takiej kałuży siedzieć" podsumowują, nie bez racji, moje specyficzne położenie, szczególnie, iż właśnie zaliczyłem mieliznę. Zdemotywowany postanawiam podryfować do samochodu, by tak, prawie bezowocnie, zakończyć pierwszy poranek. Koledzy z Hiluxa także wracają, dodając po drodzę jeszcze kilka niecytowalnych komentarzy na temat peudo-wędkarzy. Dzień nie jest jednak do końca stracony, gdyż w drodzę powrotnej, na zalanych łąkach widzę stadko batalionów, które obsiadlo fotograficzny namiot. Postanawiam jutrzejszy poranek spędzić właśnie tutaj.
Rano po namiocie nie ma śladu, także usadawiam się pod siatką maskującą na zalanej drodze. Niestety pogoda znowu jest fatalna, do tego przybył jeszcze jeden fotografujący. Nie było by to nic złego, ale jak sam zresztą przyznał, trochę zaspał i zjawił się odrobine już za późno. Okazał się nim Robert Dróżdż, dotychczas znany mi tylko ze swoich zdjęć. Spotkanie okazało się bardzo ciekawe, jednak głównie ze względów towarzyskich, bo zaczeło padać, a ptaków też jakoś nie było.

Niezniechęcony wracam po południu by zostawić tu leżącą czatownie. Niestety niska perspektywa i odpowiednia odległość od ptaków wymusiła, żeby namiocik znajdował się w po połowie w błocie i w wodzie. Będę musiał zatem siedzieć w kombinezonie nurkowym. Tak spędziłem kolejne dwa poranki, jakie zostały mi do wyjazdu. Niezbędne okazało się zabezpieczenie aparatu foliową reklamówką, bo od czasu do czasu padał deszcz. Jeśli chodzi o batalionowe potyczki to zostałem pokonany, bo dobrych zdjęć walk raczej brak. Zrobiłem jednak kilka fajnych fotografii, również innych gatunków. Zdecydowanie najlepszym ujęciem jest samica bataliona uchwycona razem z czaplą siwą. Fotka została zresztą doceniona w kilku konkursach.
zimowe łosie
Ponieważ Biebrza uzależnia, a i gdy bojowniki już odleciały jest co fotografować, wróciłem jeszcze w tym samym roku, choć pod koniec. Zimowe miesiące to trudny czas dla zwierząt lecz foto-przyrodnikom dostarczają bardzo wielu ciekawych okazji. O tej porze roku do biebrzańskich lasów przychodzą łosie, by powrócić na rozlewiska dopiero kiedy zakwitną kaczeńce. I właśnie po te zwierzaki przyjechałem. Najlepszym miejscem jest oczywiście Carska Droga. Mieszkamy w Dobarzu, wsi pożuconej pośrodku szlaku. Właśnie w tych okolicach, jak miałem się już niedługo przekonać, było najwięcej łosi.
Metoda jest prosta. Pobudka przed świtem i samochodowy objazd Carskiej przed zmierzchem. Rano jest ich chyba więcej, ale też bardziej płochliwe, zaskoczone po nocnym żerowaniu. Wieczorem wydają być się bardziej tolerancyjne dla fotografów. Zdjęcia najlepiej robić z samochodu, po pierwsze dlatego, że po Biebrzańskim Parku Narodowym chodzić można tylko po szlakach, a poza tym tak się mniej boją. Podchodzenie ich jest dość ciężkie i rzadko kończy się powodzeniem. Niestety najwięcej można zobaczyć przy kiepskiej pogodzie, w słoneczne dni raczej obserwowałem mniej zwierzaków.
|